Protesty na Białorusi przybierają na sile. Zatrzymano ponad 1100 osób

Od kilku miesięcy na Białorusi nieprzerwanie trwają protesty przeciwko władzy Aleksandra Łukaszenki. Tym razem, w niedzielę odbyły się one pod hasłem "Wychodzę". 

Jest to odniesienie do ostatnich słów Ramana Bandarenki, jakie napisał na czacie zanim został pobity na śmierć. W wielu białoruskich miastach tworzone są miejsca upamiętniające mężczyznę. Pełno tam zniczy oraz kwiatów.

Jak poinformowało na bieżąco aktualizujące listę zatrzymanych Centrum praw człowieka Wiasna, wczoraj zatrzymano ponad 1100 osób, w tym także dziennikarzy. Większość osób została zatrzymana w Mińsku. 

Z kolei Niezależne Białoruskie Stowarzyszenie Dziennikarzy [BAŻ] podało informację o 21 zatrzymanych dziennikarzach w Mińsku, Witebsku, Grodnie i Pińsku. 

Zatrzymania odbywały się także na Placu Przemian, gdzie w środę zamaskowani mężczyźni pobili na śmierć 31-letniego Bandarenkę. 

Wobec zgromadzonych wczoraj ludzi na placu użyto siły a plakaty oraz kwiaty zostały usunięte z miejsca pamięci. Media informowały o użyciu przez milicję gazu łzawiącego, granatów hukowych oraz broni gładkolufowej. 

Zdanie na temat wczorajszych wydarzeń wyraziła Opozycyjna Rada Koordynacyjna: "Przemoc OMON-u i milicji dzisiaj sięgnęła granic. Ludzie, którzy powinni nas ochraniać, wdzierają się na klatki schodowe, do sklepów, aptek. Próbują zakazać nam wspominać zmarłych, a przemoc to jedyna broń, która im została wobec naszych kwiatów".

Sytuację skomentował także dziennikarz Andrzej Poczobut: "Dzień wcześniej białoruskie resorty siłowe wywoziły więźniów, którzy byli przetrzymywani w aresztach do innych miast, zwalniając miejsca dla nowych aresztowanych. Władze przygotowywały się do tego, że będzie ostra akcja, masowe wsadzanie".

Źródło

SKOMENTUJ

5-1 =